Archive for the 'Fotki' Category



Dzien 2. Slowko na dzis.

Slowko na dzis – qarape.

Jak mozna sie spodziewac, w goracych krajach na podlogach nie ma paneli. Tym bardziej nie ma wykladzin. Sa za to przyjemnie chlodzace kafle. To prawdziwa ulga podczas upalnego lata. Za to zima zakrywane sa dywanami. No i wtedy wszyscy nosza wyzej wspomniane qarape czyli…?

Jak by nie bylo, mamy pelnie lata, co jednak nie przeszkadza babci Tutusia notorycznie nalegac na nalozenie na male kopytka skarpetek. I tak sobie chodzi, chodzi, chodzi bez wytchnienia upocona malutka, odziana jedynie w pampersa i… qarape. Widok komiczny.

Babcia bradzo pilnuje, zeby wnuczka nie zmarzla. Do tego stopnia, ze kiedy kolejny raz sprawdzila w naszej sypialni stopien okrycia spiacego Tutka, ja, sterroryzowana, polozylam dziecine do wieczornego spania w bodziaku, i nakrylam przescieradlem. Za chwile, jakze by inaczej – babcia sprawdza. I mowi, zeby malutka odkryc, bo jest cala spocona… A tak sie staralam…

To tak zartem. Wszystkie babcie kochane sa :)

Dzien 1. Podroz

Wakacje uroczyscie uznalemy za rozpoczete… Rano opuszczamy dom podekscytowani oczekujacymi nas luksusami oraz uzbrojeni w wiare, ze droga do nich nie bedzie droga przez meke.

Podroz przypomina mi nieco te, jaka odbywal codziennie rano Jacek w „Zmiennikach”. On: rower, autobus, pociag, tramwaj – po to, by caly dzien jezdzic taksowka po Warszawie. Zaczynal ja ok. 4 rano, by byc na miejscu o 7. My: auto, autobus, samolot, auto. W tym pieciogodzinny przystanek na wiedenskim lotnisku. I tak podroz rozpoczeta o 8:30 w Leicester konczy sie o 1:oo w przyjemnie chlodnej Tiranie.

Trzeba przyznac, ze tym razem malutka zachowywala sie bez zarzutu, nie liczac kilku malych wpadek – jak np. ostatnie 10 minut drogi do parkingu przy lotnisku w Anglii, kiedy w akcie rozpaczy (mojej) zostala wyciagnieta z fotelika samochodowego i zajela sie raczka do otwierania okna, siedzac na podlodze za siedzeniem kierowcy. Nieco krzykow i placzu dalo sie slyszec rowniez podczas postoju w Wiedniu, ale za to cala odpowiedzialnosc powinni wziac rodzice, ktorzy nie zostali wyposazeni w akumulatorki zdolne dorownac Tutkowi, i po prostu fizycznie nie dali rady dotrzymac jej kroku w nowym ukochanym zajeciu: chodzeniu, chodzeniu, chodzeniu…

W kazdym razie – jestesmy!

A dzis opisowo…

Co umie dziecina:

Tutus umie raczkowac. Wszelcy krewni i znajomi krolika przepowiadali, ze ten etap pominie, od razu przeskakujac do chodzenia, nawet babcia Sose mowila przez internet do wnusi: „Na Twoj 9 miesiac chce Cie widziec jak chodzisz”. Ale nie. Miesiac 10 ukonczony, a malutka wzbogacila swoj reportuar o raczkowanie. Wprawdzie w momentach ekscytacji czy wiekszego pospiechu wraca do starej i sprawdzonej metody czolgania, ale i tak to sama radosc patrzec na nia, jak piszczac i kwiczac przebiera szybciutko nozkami i raczkami. Chodzenie tez jest, przy lawie, przy kominku, przy szafkach kuchennych czy lodowce, czyli przy czym sie da. Ale z podporka :)

Tutusia umie bic brawo. Najczesciej bije to brawo sobie, zachecona przez nas, gdy inni usiluja ja namowic na klaskanie wolajac np. „Clap your hands”, dziecina stoi nieruchomo jak zakleta, „Klaszczemy” tez nie dziala, ale gdy zawolamy „Brawo brawo Alexia” od strony malutkiej sypia sie gromkie owacje. Przynajmniej wie, kto najbradziej godny tych zaszczytow.

Tutek umie robic „pa pa”. Na prosbe tatusia przerzucilismy sie na zagraniczne, ale i bardziej uniwersalne „bye bye”, no i zegnamy sie, ile wlezie. Przy wyjsciu z pokoju, przy wyjsciu do kuchni, przy wyjsciu do toalety. Najdluzsza sesja zegnania ma miejsce jednak, gdy tatus wychodzi do pracy. Caly ceremonial trwa dosc dlugo i na wyrazna prosbe Tutka jest kilkakrotnie powtarzany. Doszlo do tego, ze malutka zaczela nawet mamrotac cos w stylu „byby”, wiec wnioskujemy, ze niedlugo bedzie pelny zastaw pozegnania.

Tutus umie wycierac nos. Jest to bardzo przydatna umiejetnosc, poniewaz katarki zdarzaja sie nam ostatnio dosc czesto. Przy tej czynnosci malutka jest bardzo samodzielna, nie potrzebuje zadnej asysty, pomocy. Ot, podnosi reke do twarzy i wyciera nosek w rekaw. Nad tym rekawem bedziemy pracowac, ale ogolny kierunek jest dobry… Aha, a jak juz mama wezmie sie za wycieranie Tutusiowego noska, przy uzyciu, o zgrozo, chusteczki, to tez wspolpracuje, dmucha. Czasami.

I na koniec najlepsze. Tutus umie sama zainicjowac przytulanie. Po kapieli, lekko marudna, zmeczona, nie czekajac na pieluszke i ubranie, wyciaga raczki i, sama otulona recznikiem, wspina sie po mnie i przytula mocno. A po chwili jest gotowa na dalsze zabiegi.

O rzeczach, ktorych Tutus nie umie, nie bedziemy sie rozpisywac.

Garsc faktow o dziecinie

Jak ten czas leci. Jutro Tutus konczy 10 miesiecy… Z tej okazji trzeba jej poswiecic troszke czasu i opisac wzdluz i wszerz i w poprzek. Dzis troche faktow, a jutro bardziej opisowo. No to zaczynamy:

Waga: 7.700kg (dane z wczoraj)
Wzrost: 71cm (pomiar dokonany przez rodzicow, wiec moze nie byc calkowicie dokladny)
Zabki: 4 szt.
Wloski: duzo, a najwiecej na czubku, ale po postrzyzynach jakby nieco zwolnily tempo wzrostu)
Rozmiar ubrania: 6-9 miesiecy czyli 74cm (niektore jeszcze za duze)
Ilosc kaszki zjadanej za jednym podejsciem: na 90ml mleka (ostatnio dosc udane proby zwiekszenia do 120ml)
Ilosc kup dziennie: 2 (regularnie rano i wieczorem)
Zuzycie pampersow: 4-5 dziennie
Spozycie cycka: 2-3 razy w dzien, 3-4 razy w nocy (szok, co?)
Ulubiony owoc: banan i jablko
Ulubione jedzenie: cokolwiek jedza rodzice
Ilosc calych przespanych nocy: 0
Ilosc godzin spedzanych w nocy w swoim lozeczku: 5-6
Ilosc godzin spedzanych w nocy w lozku rodzicow: 4-5
Ilosc godzin spedzanych w nocy na probach przekonania Tutusia do spania we wlasnym lozeczku: 1-2
Ilosc pobudek w nocy: przestalam juz liczyc
Ulubiona przytulanka: raczka mamusi lub cala mamusia
Ulubiona kolysanka: Twinkle twinkle little star, Panie Janie (?)
Ulubiona piosenka: Old MacDonald had a farm
Ulubione zwierzatko na fermie starego MacDolnalda: wilk (mamusiny apokryf)
Ulubiona zabawa: A ku ku!
Ulubiona zabawka: Kicia
Inne ulubione zabawki: komorki, piloty  do tv, mala pusta plastikowa butelka, pluszowy mlotek
Ulubiona ksiazeczka: Male kaczatko szuka mamy (po angielsku)
Ulubiona pozycja: stojaca przy lawie
Zasob slownictwa: am lub niam, mama (okazyjnie i chyba przypadkowo), bye bye (no, nie calkiem, ale widac, ze to stara sie powiedziec), Bibi (to chyba ma znaczyc BeeGee czyli Kicia po angielsku)

Stopien slodkosci i najukochaniosci w skali od 0 do 100: 1000

Odsmoczanie. Noc 2

Kiedy kladlam Tutka spac wczoraj wieczorem, bylam przekonana, ze bede mogla obwiescic na blogu calkowity sukces i koniec akcji. Zasnela szybciutko i bez wiekszych protestow. I tak sobie spala… moze jakas godzinke. A potem zaczely sie placze, ktore przeszly w wrzaski, ktore przeszly w rzucanie sie, ktore przeszlo w histerie, ktora w koncu przeszla w calkowite rozbudzenie. Spedzilam z malutka w sypialni podnad 1.5 godziny i szczesliwa, ze wreszcie zasnela zeszlam na dol. A tam siedzial duzy A., ktory wrocil wczesniej z pracy. Zaniepokojona zapytalam, jak dlugo juz jest w domu (przerazona ze slyszal za duzo rykow), ale okazalo sie, ze trafil tylko na ostatni akt, czyli buszowanie dziecinki. Ufff…

Ale to „ufff” nie trwalo dlugo, gdyz juz pol godzinki po tym Tutus znow sie obudzil i zanosilo sie na powtorke z rozrywki. No ale ze duzy A. byl w domu, zastosowalismy jego metode usypiania, znieslismy malutka na dol i pozwolilismy jej szalec do woli, az doslownie padla ze zmeczenia. A spala potem jak marzenie. Okazuje sie, ze ta metoda nie jest taka zla…

A teraz prosze bardzo – nowa umiejetnosc blyskawicznie zdobyta przez Tutka. W trybie natychmiastowym trzeba obnizyc baze lozeczka. Jutro…

 

Relaksujemy sie i przepoczwarzamy

Sobotnie popoludnie. Czyz nie nadaje sie najlepiej do tego, by sie totalnie zrelaksowac, odprezyc, zostawic codzienny kolowrotek za drzwiami i zatracic sie w przyjemnosciach?

Jak pomyslalam, tak zrobilam. Odstawilam duzego A. z malutka do centrum miasta, po czym udalam sie do centrum relaksu i dobrego samopoczucia, ktore zowie sie Fosse Park Shopping Centre. I zaczelam sie odprezac. Jedyne, co macilo moje mysli to fakt, ze miejsce, gdzie udalo mi sie zaparkowac bylo dosc oddalone od zabudowan, w zwiazku z czym musialam brodzic w moich slicznych, choc juz nie takich nowych (a i poswieconych przez Tutusia) kozaczkach przez brudny snieg i chlape. No ale czego nie robi sie dla swojego dobrego samopoczucia.

Wracajac, ze sporo lzejszym portfelem, ale i wypchana torba z zakupami, nowym berecikiem i zrobionymi brwiami czulam ogarniajaca mnie blogosc. Ale po chwili ogarnely mnie watpliwosci… szybko zagluszone. Niestety powrocily w domu, za sprawa duzego A., ktory przy okazji ogladania sterty sprawunkow moich i Tutusiowych zauwazyl skromnie: „A dla mnie nic?” Oj, zawstydzilam sie. I od tej pory postanawiam wlaczyc dzialy meskie do tras moich sklepowych wedrowek. A tu malutka w czesci „naszych” zdobyczy (to w buzi to metka :D):

Ale dzien sie jeszcze nie skonczyl. Wieczorkiem przywiezlismy do domu pare naszych fryzjerow, a zarazem wujka i ciocie malutkiej. Po kilku dniach przemyslen postanowilismy zlamac tradycje nakazujaca czekac z obcieciem wloskow do ukonczenia roczku. Grzywka wchodzi w oczka i juz! Trzeba sie jej pozbyc!

I sie pozbylismy. Ale jak… Dobrze, ze byla nas czworka, bo podczas postrzyzyn kazdy mial swoje zadanie. Ja trzymalam dziecine, ciocia Ula ciela, wujek Alf zabawial i robil miny, a duzy A. no coz, duzy A. byl kierownikiem, patrzyl i pilnowal, zeby wszystko gralo. A oto relacja:

Powtorka z rozrywki

A jakze, byla. Zaczynam podejrzewac, ze te wystepy Tutus odstawia na zlecenie jakichs zlych mocy. I dziwnym trafem apogeum Tutkowego marudzenia/wrzeszczenia/histerii przypadlo znow na te sama godzine co wczorajszej nocy – czyli miedzy okrutna 4:00 a 5:30. Myslalam chociaz, ze za to malutka dluzej pospi w dzien – ha, spala az do oszolamiajacej godziny 8:00. Daje nam to laczna ilosc 7 i pol godzin snu nocnego dzieciny (z licznymi przerwami) i 5 godznin snu mamusi (z jeszcze liczniejszymi).

A na dworze pada snieg.

Relacja swiateczna

W tym roku jest inaczej niz zwykle – jestesmy w naszym domu, jest z nami nasza kochana malutka, i jest z nami moja mama. Mama zaznacza swa obecnosc natychmiast po przyjezdzie i rozpakowaniu bagazy – szafki, szuflady, a potem i zamrazalnik zapelniaja sie doszczetnie. Jest tez mozgiem operacji „Wigilia”, a takze, jak sie okazuje, wspaniale wykwalifikowana au-pairka dla naszego Tutka. Pilnuje takze, zeby niezbedne przygotowania zostaly poczynione – jak upieczenie pierniczkow, przygotowanie ozdob choinkowych, ubranie choinki, czesto metoda Adama Slodowego – „zrob to sam”. Az w koncu nadchodzi ten dzien:

Wigilia
Troche po polsku, troche po zagranicznemu. Laczymy sprzatanie, gotowanie, szykowanie sie z szybkim wypadem na miasto i kilkoma nieplanowanymi prezentami, ktore nawet nie dotra pod choinke. Wieczerza przebiega ciekawie, dzieki obecnosci duzego A. i jego kuzynka, A. (coz za zaskoczenie :D). Potraw mamy ponad 12, w tym uklon w strone naszych panow – burek z fasola, ktory dla nas robi za jedno z dan postnych, a dla nich – za przysmak dnia. Tutus bierze oczywiscie udzial w celebracjach, choc zamiast wygodnie siedziec w swoim krzeselku wybiera raczki mamusi. Miejsce mamusi przy stole zostaje natychmiast zajete przez najmniejszego z czlonkow rodziny.
Tradycji sprobowania wszystkich potraw nie udaje nam sie dopelnic, pekamy z przejedzenia. Przenosimy sie do salonu i rozpoczyna sie orgia prezentowa. Oczywiscie najbardziej oprezentowana jest dziecina – dwa pchacze (drewniany i plastikowy), ksiazeczki o swietach (do wykorzystania jako prezent na przyszle swieta, jako ze mala nie jest zainteresowana nimi, no chyba ze ich gryzieniem lub darciem na strzepy), machina wyrzucajaca kulki w powietrze (po prawdzie wystarczyly by same kulki, bo to one ja najbardziej interesuja), pluszowy Prosiaczek (kolejny pluszak, ech…), no i tona ciuszkow (hm, zignorowane przez malutka, ciekawe czemu?).
Wieczor konczymy przy dominie (duzy A. dostal dwa zestawy), a w nocy ja z mamusia podazamy na Pasterke…

Boze Narodzenie
… a dzieki temu mozemy sobie pospac nastepnego dnia – Kosciolek juz zaliczony. Jedzenia mamy w brod, wiec gotowac tez nie trzeba (to zajecie i tak przypada mamie, wiec to ona ma wolne), a po poludniu przychodza goscie. Rozdzielamy sie na kilka obozow – panie przy stole, palacze na dworze, dzieci i mamy dzieci na podlodze. Bardzo mile spedzony czas.

Drugi dzien swiat
Czas na rewizyte – sklad ten sam co poprzednio, za wyjatkiem panow, ktorzy musza pracowac na rodziny darmozjadow.

I trzeci dzien swiat
Bo jak inaczej nazwac niedziele, ktora nastepuje po swietach? Tym razem mama nie popuscila, zaliczylysmy msze po angielsku, a reszte dnia – przespalismy. My – tzn. Tutus, duzy A., ja i kot. Mama robila pierogi.

I po swietach – pakowanie, bo juz jutro mama musi zlapac samolot do Polski – tam czeka steskiony Brutusek…

Zyczenia swiateczne

Rodzinie, przyjaciolom, znajomym i nieznajomym zyczymy radosnych, pelnych ciepla i serdecznosci, pachnacych pierniczkami i kapusta z grzybami Swiat Bozego Narodzenia. Usmiechu, odpoczynku i szczescia!

A, A i Baby A.

Pechowy 13-ty

Mozemy oficjalnie oglosic, ze dziecina stala sie mobilna. Do raczkowania co prawda jest jej jeszcze daleko, ba, nawet pupa nie jest jeszcze dobrze uniesiona z podlogi, ale nie da sie ukryc, ze malutka potrafi sie juz przemieszczac. Postep byl blyskawiczny – jeszcze wczoraj zaledwie sie turlala, ewentualnie przekrecala sie po okregu – a dzis uznala, ze juz czas ruszyc z kopyta i zdobyc to, na co ma ochote. Tak wiec pelza. Smiesznie to wyglada, ale jest bardzo efektywne. Rowniez muskulatura ramion Tutusia mocno na tym zyskuje, bo to glownie one wykonuja cala prace. Ale tylko patrzec, jak dolacza nozki, a wtedy… strach sie bac.

Pech chcial, ze na dzien swojego debiutu mala A. wybrala 13-tego, co prawda niedziele,  ale i tak nie uchronilo to jej (i mnie) przed tego skutkami. Na swoja obrone moge tylko powiedziec, ze bylam nieprzygotowana na az tak skuteczne przemieszczanie sie pelzajacego stworzenia. Ale po kolei. Umoscilam malutka na wielkim, krolewskim lozu dosunietym do scian, zarzucilam zabawkami, zabezpieczylam trzeci bok, a sama usiadlam na podlodze przy czwartym. I zajelam sie swoimi sprawami. Co jakis czas zagladalam do gory i systematycznie odsuwalam mala pod sciane. Juz chyba wiadomo, co sie wydarzylo… Oczywiscie zawiodl czynnik ludzki – w mgnieniu oka malutka wykonala swoj pierwszy skok na glowke, na gleboka wode. Tyle, ze wody nie bylo. A skok byl popisowy.

Ryk byl nie do opisania, czemu zreszta nie ma sie co dziwic, sama bym ryczala, jak bym nie musiala Tutka uspokajac. Na szczescie nic sie malenstwu nie stalo, ale na pewno strachu sie najadla. Przed duzym A. nawet nie probowalam ukrywac co sie stalo, bo i tak pozostal po tym slad. Ktory to wszem i wobec prezentujemy:



Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.