Jednym slowem nie ma to jak u babci
Archiwum kategorii 'Wojaze'
Kiedys myslalam, ze tylko ludzie mowia roznymi jezykami. A potem, po urodzeniu Tutusia, kiedy zaczelismy razem uczeszczac na rozmaite spotkania dzieciaczkow, playgrupy, oraz czytac ksiazeczki ze zdumieniem odkrylam, ze tu, na Wyspach i zwierzatka mowia innym jezykiem niz w Polsce.
I tak po roku, kiedy zdarzylam juz sie z tym oswoic, a nawet zaakceptowac, spotyka mnie kolejny szok. Zwierzatka mowia nie tylko po polsku i angielsku. Mowia rowniez w tutejszym jezyku. Fakt ten spowodowal kilka nieporozumien tuz po naszym przyjezdzie, bowiem Tutek juz na wejsciu demonstrowal swoje ‘au au’ (czyli hau hau) na widok kazdego napotkanego pieska, a rodzina nie za bardzo rozumiala, co ona ma na mysli. Bywalo tez odwrotnie, ten czy inny wujek chcial sie malutkiej przypodobac i wydawal odglosy, w swoim mniemaniu imitujace szczekanie pieska, a dla dzieciny, jak i dle mnie kompletnie niezrozumiale.
Tak wiec, zeby wszystko bylo jasne:
- po polsku: HAU HAU
- po angielsku: WOOF WOOF
- po tatusiowemu: HUM HUM
I nawet, jakby sie zastanowic, wszystkie odglosy pasuja.
Tak, tak, dopadla i nas. Na kilku frontach…
Wezmy na przyklad Gige. Zadna zabawka nie pozostanie w rekach Tutka na dluzej, nawet jezeli Giga bawi sie inna, przed chwila malutkiej wyrwana. Rowniez kubek-niekapek jest rzecza wielce pozadana i o ile Giga stanowczo odmawia napicia sie wody ze szklanki, to w Tutkowego niekapka moglaby pic non-stop. Fakt, ze malutka nie miala nic przeciwko temu, wiec i ja wkrotce porzucilam wszelkie opory. A jedzenie to juz w ogole cala historia… Dziecina je zupke. Giga chce zupke. Dziecina je banana. Giga chce banana, choc przed chwila odmowila. Dziecina je jogurt, Giga chce jogurt. I odwrotnie… Wciskamy w Gige jogurt, Tutek zaglada do kubeczka i wyraza chec sprobowania. Giga natychmiast chce swoj jogurt oraz zeby mala A. go nie jadla… I tak ze wszystkim.
Zeby nie bylo, ze Giga jest taka zla, to chyba normalne zachowanie u dzieci? A zazdrosc dziala i w druga strone. Giga jest chora i wymaga troche wiecej uwagi. Pod nieobecnosc rodzicow, uwagi tej domaga sie od wujka, ktorym, tak sie sklada, jest duzy A. Niezbyt podoba sie to pewnej malej obywatelce, ktora byla przyzwyczajona, ze jak dotad cala uwaga tatusia skupiala sie na niej… Tak wiec codziennie mamy do czynienia z atakami placzu, czepianiu sie nogawek, zasmarkanym noskiem i grochami lez, a takze z … ekspolzja mowy. O ile do tej pory malutka mowila ”tata” (a wlasciwie “babi” bo tak to brzmi po ichniemu) rzadko i nie spontanicznie, tak teraz potrafi chodzic i recytowac calymi dniami “Babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi, babi…” I tak do znudzenia. Babi jest rowniez lekiem na cale zlo, takze wieczorami, gdy trzeba sie do kogos przytulic, byc potrzymanym na raczkach, przebranym lub przewinietym, moze to byc tylko i wylacznie babi.
I tu zazdrosc zaczyna gryzc mnie, bo jak do tej pory to ja bylam numerem 1, a tu zaczyna wygladac, ze jestem potrzebna tylko w tym jednym momencie, przy zasypianiu, gdy trzeba sie przytulic i przyssac do cycusia… Z tego nie dam sie babiemu wygryzc!
No, wreszcie malutka sie zadomowila. Juz nie kwiczy i nie odwraca sie ze wstretem, gdy ktos probuje jej dotknac luz ja zawolac. Nawet powoli pozwala brac sie na raczki, o czym w pierwszych dniach nie bylo mowy. Jako ostani zaszczytu tego dostapil jej dziadek, pewnie dlatego, ze w przeciwienstwie do innych wykazal sie duza doza cierpliwosci i nie stosowal prawa sily.
A czy pisalam juz o tym, ze Tutusia ma swoj orszak, ktory towarzyszy jej wszedzie i w kazdych okolicznosciach? W kapieli, przy jedzeniu, zmianie pieluchy czy nawet podczas odpoczynku? Doszlo do tego, ze chcac miec odrobine prywatnosci bez wscibskich, choc uroczych dziewczynek, zamykam sie w naszej sypialni z Tutkiem na klucz. Nie raz juz malutka prawie zasypiala, gdy byla wyrwana do snu natretnym szarpaniem klamki… Ale kuzynki to bardzo dobra rzecz, dlatego z radoscia patrze, jak po poczatkowych fochach i braku zainteresowania coraz bardziej lapia kontakt, bawia sie i ciesza swoim towarzystwem.
Rowniez ustalil sie tak mniej wiecej plan dnia. Tutek spi bardziej regularnie niz w domu, pewnie z powodu upalow. Drzemka 2 razy dziennie (i to konkretna – min. godzna, max.2 i pol godzinki – ach, jak bym chciala, zeby tez tak bylo w domu). Plus pozniejsze nocne spanie – ok. 22:30 i pobudka – z zegarkiem w reku o 9:00. Dobre dziecko, dobre… Gorzej z jedzeniem, malutka gardzi tak bardzo lubianym dotad Weetabixem, je co sie nawinie, ale w ilosciach niewielkich. I tu wine zrzucam na temperature, bo niewiele pijaca dziecina nagle zaczela oprozniac kubek za kubkiem. Najwazniejsze, ze aklimatyzacja przebiegla dosc szybko i sprawnie
Anegdotka swiezo sprzed naszego przyjazdu: dziadek Tutka caluje Gise, “moja ukochana wnuczka” mowi… Na to Gisa pedzi po zdjecie malutkiej – “Dziadku, pocaluj tez Alexie!”
Slowko na dzis – qarape.
Jak mozna sie spodziewac, w goracych krajach na podlogach nie ma paneli. Tym bardziej nie ma wykladzin. Sa za to przyjemnie chlodzace kafle. To prawdziwa ulga podczas upalnego lata. Za to zima zakrywane sa dywanami. No i wtedy wszyscy nosza wyzej wspomniane qarape czyli…?
Jak by nie bylo, mamy pelnie lata, co jednak nie przeszkadza babci Tutusia notorycznie nalegac na nalozenie na male kopytka skarpetek. I tak sobie chodzi, chodzi, chodzi bez wytchnienia upocona malutka, odziana jedynie w pampersa i… qarape. Widok komiczny.
Babcia bradzo pilnuje, zeby wnuczka nie zmarzla. Do tego stopnia, ze kiedy kolejny raz sprawdzila w naszej sypialni stopien okrycia spiacego Tutka, ja, sterroryzowana, polozylam dziecine do wieczornego spania w bodziaku, i nakrylam przescieradlem. Za chwile, jakze by inaczej – babcia sprawdza. I mowi, zeby malutka odkryc, bo jest cala spocona… A tak sie staralam…
To tak zartem. Wszystkie babcie kochane sa
Wakacje uroczyscie uznalemy za rozpoczete… Rano opuszczamy dom podekscytowani oczekujacymi nas luksusami oraz uzbrojeni w wiare, ze droga do nich nie bedzie droga przez meke.
Podroz przypomina mi nieco te, jaka odbywal codziennie rano Jacek w “Zmiennikach”. On: rower, autobus, pociag, tramwaj – po to, by caly dzien jezdzic taksowka po Warszawie. Zaczynal ja ok. 4 rano, by byc na miejscu o 7. My: auto, autobus, samolot, auto. W tym pieciogodzinny przystanek na wiedenskim lotnisku. I tak podroz rozpoczeta o 8:30 w Leicester konczy sie o 1:oo w przyjemnie chlodnej Tiranie.
Trzeba przyznac, ze tym razem malutka zachowywala sie bez zarzutu, nie liczac kilku malych wpadek – jak np. ostatnie 10 minut drogi do parkingu przy lotnisku w Anglii, kiedy w akcie rozpaczy (mojej) zostala wyciagnieta z fotelika samochodowego i zajela sie raczka do otwierania okna, siedzac na podlodze za siedzeniem kierowcy. Nieco krzykow i placzu dalo sie slyszec rowniez podczas postoju w Wiedniu, ale za to cala odpowiedzialnosc powinni wziac rodzice, ktorzy nie zostali wyposazeni w akumulatorki zdolne dorownac Tutkowi, i po prostu fizycznie nie dali rady dotrzymac jej kroku w nowym ukochanym zajeciu: chodzeniu, chodzeniu, chodzeniu…
W kazdym razie – jestesmy!
Materialisci, zaczniemy od naszych, przepraszam, Tutusia zdobyczy prezentowych:
Nowi znajomi malenkiej (w kolejnosci alfabetycznej):
ciocie: Aneta, Ania, Ania, Ania, Bozena, Ela, Ewa, Irena, Jola, kolezanki babci (w duzej ilosci, po imieniu pamietamy tylko panie Janeczke i Wandzie), Natalia, Wladzia;
wujkowie: Antek, Marcin, Witek, Wladek i wirtualnie Adam i Tomek;
dzieci: Bartek, Konrad, Ksawerek, Maksiu, Mateusz, Ola, Zuzia (o ktorej juz wspomnielismy).
Nowosci:
Tutus ladnie wszystko je (oprocz deserkow);
pieknie sama sie bawi na kocyku, nieproszona smieje sie w glos do lali;
plynnie przekreca sie z brzuszka na plecki i z pleckow na brzuszek;
ladnie siedzi podparta, bez podparcia tez wytrzymuje kilkanascie sekund (presja jednej z cioc An);
szaleje w wanience – raczki i nozki wreszcie poszly w ruch;
jest okazem zdrowia i urody (opinia lekarska);
wrozy sie jej kariere spiewaczki operowej (zgadnijcie czemu?).
Mama-babcia nas wspaniale ugoscila, za co serdecznie dziekujemy, pogoda dopisala, wszedzie przyjmowano nas z radoscia i entuzjazmem. Az sie chce znow jechac. Wszystkich serdecznie pozdrawiamy!
Pamietacie Kubusia Puchatka? Jak wybrał sie na wielką, szaloną Przyprawę? I czym się to skończyło?
I my z malą A. się wybrałyśmy. Wczorajszy dzień, który przeciągnał się do wczesnych godzin porannych, upłynął pod znakiem prania, prasowania, pakowania waliz, ważenia, wypakowywania, odrzucania rzeczy zbędnych, ponownego ważenia. Uf, udało zmieścić się w limitach wagowych znienawidzonego Ryanaira. Wcześniej, po postawieniu bagażu głownego na wagę, przeżyłam szok, kiedy zobaczyłam na wyświetlaczu cyferki 28.6. Auuuuć! I mimo stawiania walizy pod wszystkimi możliwymi kątami waga nie chciała pokazac inaczej. Dopiero po uspokajającej filiżance herbatki okazało się, że pokazuje wagę w funtach
.
Na lotnisku wszystko przebiegło szybko i sprawnie, oprócz konieczności dzikiego galopu w tłumie współtowarzyszy niedoli pod bramkę, której numer ujawniono dosłownie w ostatniej chwili. Wydawało sie, że w ostatniej chwili, bo potem nastąpiło jeszcze długie oczekiwanie w ogonku do wyjścia i do wejścia do samolotu. Rzeczeni współtowarzysze okazali się bardzo kulturalni, o wiele bardziej niż personel lotniska, i przepuścili zawózkowaną matkę z dzieckiem bez szemrania.
W samolocie uprzejmości ciąg dalszy – trzy siedzenia do naszej wyłącznej dyspozycji. Nikt się nie skusił na bliskie sąsiedztwo z uroczą dzieciną, wychodząc z błędnego założenia, że bedzie głośno. A tu niespodzianka – było troszkę marudzenia, ale ogólnie podróż minęła nam spokojnie.
Lądujemy. Szaro, buro i zima. To znaczy na górze zima, na dole ulewa. Współtowarzysze życzliwie puścili nas przodem, więc pędem pognałam do hali, tuląc maleństwo w ramionach i osłaniając od deszczu. Tam zadowolona przycupnęłam przy taśmie bagażowej w oczekiwaniu na wózek i walizę. I nagle przeżyłam niemiłe zdziwienie, kiedy jako ostatni do hali zaczęli ściągać pozostali zawózkowani pasażerowie. Z wózkami… Ech, dodam tylko, że po zaangażowaniu dwóch przemiłych panów celników i wykonaniu przez nich kilku telefonów, wózek się znalazł i dotarł do nas na taśmie, razem z pozostałymi bagażami. Mokry tak, że można było go wykręcać…
Potem były już gorące przywitania, ściskania, buziaki, nadprogramowa godzina w korku… i oto jesteśmy!!! W przeciwieństwie do misia o bardzo małym rozumku dotarłyśmy do celu naszej Przyprawy. A celem jest domek rodzinny, pełen wspomnień i znajomych przedmiotów. I jest szczekający piesek w ogrodzie, i jest pyszny obiadek na stole, i śliczne łóżeczko czekające na dziecinę. I jest mamusia! Hurra! Jesteśmy w domu!
Za siedmioma morzami (dwoma), za siedmioma gorami (calym mnostwem) byla sobie kraina zwana Alandia. W tej krainie wszystko jest cudowne – slonce, piasek na plazy, najrozniejsze owoce i warzywa o jakich tylko mozna zamarzyc… A co najwazniejsze – mieszkaja tam dziadkowe malej A. A takze wujkowie, ciocie, kuzyni, cioteczni dziadkowie, stryjeczne kuzynki, a jest ich tyle, ze trudno zliczyc.
Nic dziwnego, ze za cel pierwszej podrozy malej A. obralismy Alandie. I bylo warto. Nie bylo chyba dziecka bardziej podziwianego, calowanego, chwalonego, glaskanego, przytulanego, na rekach noszonego niz nasza dziecina. Dodatkowe wrazenia – jak szum morza, piasek na twarzy, oslepiajace slonce, szalony ruch uliczny, chodniki z kraweznikami przypominajacymi tor przeszkod – rowniez zrobily na malutkiej wielkie wrazenie.
Za to ja znaczaco poszerzylam swoje slownictwo w jezyku Alandii. Pierwszym wyrazem, jakiego sie nauczylam bylo “zimno” – w znaczeniu “Czy nie jest jej za zimno?”, “Ale ma zimne rece!”, “Ubierz ja cieplej, bo na dworze jest zimno.” Itd. No coz, w koncu jest juz pazdziernik.
Krotkie wspomnienia z podrozy juz wkrotce, postaram sie uzupelnic dni, kiedy nas nie bylo, no i napisac kilka smakowitych ciekawostek o tej przedziwnej krainie.
A juz za dwa tygodnie przed nami kolejna podroz – do babci B., do Polandii.






Powiedzieli: