Tummy bug

Babcia Tutusia jeszcze nie wsiadla dobrze do samolotu, a w domu juz zaczely sie klopoty. Gdy wczoraj wrocilam z lotniska, duzy A. zakomunikowal mi, ze malutka wymiotowala. Rzeczona spala slodko, ale po przebudzeniu dumnie zaprezentowala mamie, co dzialo sie wczesniej, a czego mama nie mogla sie az tak konkretnie dowiedziec od duzego A. I jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Po ktoryms kolejnym razie zapakowalam kilka niezbednych rzeczy (a jeszcze wiecej zostawilam w domu) i pojechalismy do szpitala. Po stresujacym poszukiwaniu miejsca do zaparkowania (szpitalny parking pelny i kolejka do wjazdu, zero miejsca na ulicach) zostawilismy auto w niedozwolonym miejscu i popedzilismy na dzieciece pogotowie. (Chyba nie musze dodawac, ze wszystko to w akompaniamencie nawracajacego „bleeeee”, „yybleeee”.)

W szpitalu spedzilismy bagatela – 9 godzin, z czego ok. 5 trwalo oczekiwanie na siuski Tutka,  a 3.5 – na zgode na wyjscie. Biedna malutka przez ten caly czas meczyla sie w foteliku samochodowym i na rekach rodzicow, bo mimo ze przyjeto nas na oddzial dzieciecy, to lozka nie dostalismy. Diagnoza – „tummy bug” . Czyli robal w brzuszku. Moze trwac krotko, moze ciagnac sie cale wieki. W naszym, tzn. Tutusia przypadku wazne bylo, by nie dopusic do odwodnienia – a wlasciwie nie poglebic stanu, w ktorym juz byla. W tym celu wiekszosc czasu spedzilismy ze strzykawka, starajac sie wpompowac w dziecinke elektrolity, nawet nie ilosc, ktora nam wskazano, ale cokolwiek. Po godzinie 20, wykonczeni, udalismy sie do domu, gdzie bylo juz tylko lepiej.

Czas spedzony w szpitalu zaowocowal kilkoma refleksjami:

Po pierwsze – gdzy dziecko jest chore i wymiotuje – NIGDY PRZENIGDY nie nalezy zakadac nowych, slicznych zamszowych kozakow. Reszte pozostawie bez komentarza.

Po drugie – gorzko pozalowalam tego, z czego bylam tak dumna wczesniej – ze Tutus nie zhanbil sie jeszcze w swoim zyciu jedzeniem/piciem z butelki (zeby nie bylo watpliwosci – z niekapka tez nie pije).

Po trzecie i ostatnie – wiem, ze to kolejny banal, ktory funduje czytelnikom – nie zrozumie sie, co to znaczy chore dziecko, dopoki wlasne dziecko nie zachoruje. I nie mowie tu o zadnej powaznej chorobie. Kiedys slyszac opowiesci o chorych siostrzencach, owszem, uzalilam sie, ale bez wnikania – w koncu przeciez bylo juz lepiej. Patrzac na moja dziecinke, ktora otwierala oczy i zaraz je zamykala, taka byla slaba, czulam, ze serce mi sie kraje. I nie tylko ja, nawet duzy A. lezke uronil nad nasza biedna coreczka.

Ale wyglada na to, ze wstretny robal odpuszcza, Tutek ma sie juz lepiej – wlasciwie duzo lepiej (kiedy to pisze, czolga sie pod lawa i moimi nogami i ciagnie za kabelek od laptopa). Konsekwencje oczywiscie sa – na poczatku choroby nastapila relokacja malutkiej do malzenskiego loza rodzicow i najwyrazniej mala A. nie zamierza go opuszczac, a w dodatku z trudem sklecony plan dnia diabli wzieli – ale nic to – najwazniejsze, ze jest juz dobrze.

1 Response to “Tummy bug”


  1. 1 grantbabe 29/12/2009 o 21:37

    Duzo zdrowka dla malutkiej! My w zupelnosci rozumiemy co to znaczy takie chorobsko. Szczerze wspolczujemy, ale najwazniejsze ze juz jest poprawia. To niewiarygodne jak szybko takie male dzieciaczki rozwijaja chorobe, a jeszcze bardziej niewiarygodne jak szybko z takiej choroby wychodza!

    Ale skoro juz kabelek od laptopa ciagnie to znaczy ze wszysstko wraca do normy. A kozaczki mama sobie kupic nowe moze. Duzy A. zrozumie😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s





%d bloggers like this: